piątek, 4 lutego 2011

Wycieczka z przyjaciółmi

W sobotę 15.01 przylecieli do nas przyjaciele - rodzeństwo Olivia i Lucas. Olivia mieszka aktualnie w Jakarcie, a Lucas w ich rodzinnej miejscowości Medan na Sumatrze. Historia tej znajomości jest zabawna, ponieważ poznaliśmy się wiele, wiele lat temu, za pośrednictwem Internetu, kiedy to jeszcze, żeby go mieć, trzeba było mieć modem, a ludzie porozumiewali się przy pomocy dziś już praktycznie zapomnianego ICQ (wszystko to działo się nawet jeszcze przed erą Gadu-Gadu).

Oczywiście nigdy się nie widzieliśmy, byliśmy wtedy jeszcze w zasadzie bardzo młodą młodzieżą ;). Po moim wycofaniu się z ICQ znajomość się rozmyła i w zasadzie przestaliśmy się kontaktować. Jakimś zrządzeniem losu i za przyczyną mojego brata odnaleźliśmy się z Olivią na fejsbuku. Olivia bardzo nam pomogła przed przyjazdem udzielając wielu przydatnych informacji. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się spotkać i poznać z przeproszeniem w realu (Biedronka nie wchodziła w grę ;)). Nie było to proste, ponieważ w Indonezji jest ledwie 14 dni urlopu, a soboty są pracujące. Ale ostatecznie się udało i oto przybyli :).

Sobota w zasadzie upłynęła na pogaduszkach, obiedzie i ogólnym zapoznaniu. W niedzielę natomiast udało nam się wybrać na wspólną wycieczkę po południowej części Bali. Lucas wypożyczył samochód, co jak się okazało nie było proste, ponieważ Balijczycy nie bardzo chcą wypożyczać samochody rodakom, ponieważ zdarzało się już nie raz, że samochód był kradziony i oddalał się w bliżej nieznanym kierunku. Ostatecznie się udało i mogliśmy ruszyć na wycieczkę.

Mieliśmy w założeniach 3 punkty programu:
  1. Obiad z owoców morza w Jimbaran
  2. Park kulturalny Garuda Wisnu Kencana
  3. Świątynia Ulu Watu i w miarę możliwości zachód słońca tamże.
Zaczęło się jednak od wizyty w szpitalu, ponieważ córy biegunka niestety wciąż nie ustępowała, a powrót do Polski zbliżał się nieubłaganie. Chcieliśmy uniknąć 24-godzinnej podróży z biegunką, gdyż jakoś nie jawiła nam się ona jako szczególny rarytas. Chwila oczekiwania, spotkanie z lekarzem, badanie, recepta na antybiotyk i rachunek na ok. 700k Rp. (jakieś 250 zł). Leczenie się w Indonezji jest na prawdę bardzo drogie, więc polecam ubezpieczenie - może się bardzo szybko zwrócić. Na przykład przyjazd karetki kosztuje 1 mln Rp. (ok. 350 zł), a samo tylko spotkanie z lekarzem kosztuje średnio 500k Rp.

Ponieważ w Indonezji nikt nie traci okazji do zarobku, szpitalny pan ochroniarz zaproponował, że pokaże nam knajpę znajomego w Jimbaran, gdzie będziemy mogli zjeść nieco morskiego jedzenia. Skorzystaliśmy z okazji.

Jimbaran jest bardzo znany jako centrum morskiego jedzenia i niestety z ataku terrorystycznego, który miał tam miejsce w 2005 roku. Wzdłuż plaży jest mnóstwo restauracji, w których na wejściu możemy sobie wybrać co zjemy i jak zostanie to przyrządzone. Wszystko wygląda naprawdę na świeże, a różnorodność towaru wprawi każdego wielbiciela morskiej strawy w fantastyczny nastrój: ryby, małże, kalmary, ośmiornice, mątwy, kraby, raki, krewetki... Ponieważ z Mżonką nie jesteśmy wielbicielami takiego jedzenia podeszliśmy do zagadnienia bardzo ostrożnie: ryba i małże. Podstawowe wrażenia:
  1. Sposób przygotowania bardzo interesujący - widać, że kucharze specjalizują się w tej kuchni. Rybę dostaliśmy w dwóch połowach przyrządzoną na dwa różne sposoby.
  2. Małży się nieco obawiałem, ponieważ te, które jadłem w Polsce nie były smaczne - gumiaste i śmierdziały oceanem. Tutejsze były bardzo miłym zaskoczeniem - przyrządzone bardzo apetycznie, bez nawet odrobiny nieprzyjemnego zapachu.
Po tym obiedzie nabrałem ochoty na poeksperymentowanie z tą kuchnią w przyszłości. Czy aby tylko ochota ta pozostanie? W szczególności w miejscu innym niż Jimbaran? Czas pokaże.

Po opuszczeniu knajpy obraliśmy kierunek na GWC, czyli Garuda Wisnu Kencana. Jest to park kulturalny o szerokim spektrum zastosowań, ale centralnym punktem parku ma być posąg Wisnu siedzącego na Garudzie. Cały pomnik miał z założenia mieć wysokość 150m, a Garuda, który jest ptakiem, miał mieć skrzydła rozpostarte na 64m, a waga całości miała wynosić 4000 ton. Oznacza to, że nasz świebodziński Jezus o wysokości 52m z kopcem i wadze 400 ton, to mały miś przy tym pomniku. Natomiast tutaj również pojawiły się głosy, że pomnik boga Wisnu tej wielkości będzie raczej symbolem pychy i lokalni duchowni byli przeciwni temu monumentowi. Ostatecznie póki co wyrzeźbione są fragmenty Wisnu oraz fragment Garudy. Poszczególne elementy rozrzucone są po terenie parku.

Przypuszczam, że jest to miniaturka właściwego pomnika
Gotowy fragment postaci Wisnu

Raz jeszcze Wisnu z innej perspektywy

Gotowa część Garudy
Gdzieś jeszcze przejeżdżając przez teren parku widzieliśmy ręce Wisnu, jednakże nie udało mi się ich sfotografować.

Wjazd na teren parku jest ku naszemu zdumieniu płatny i to dość słono - bilet kosztuje 50k Rp. (~17,50zł) za osobę. Oczywiście to cena dla gości zagranicznych. Autochtoni płacą bodaj 5k Rp.

Sam park ma przeznaczenie ogólnokulturalne. Odbywają się tutaj występy artystyczne, koncerty, można sobie pojeździć na Segwayu, poskakać na trampolinie i takie tam. Jest również możliwość zjedzenia i kupienia pamiątek w dość przyzwoitych cenach. Park odwiedza dość sporo ludzi, w szczególności młodzieży, a zdarza się również, że przyjeżdżają do niego młode pary, również zza granicy, robić sobie sesje ślubne. My spotkaliśmy parę prawdopodobnie z Chin. W panującym tam tłumie oczywiście po raz kolejny atrakcją stała się Maja, która pozowała do kilkudziesięciu zdjęć z gośćmi parku.


Młoda para, chyba z Chin
O co chodzi z Wisnu i Garudą? Wisnu jest bogiem, a Garuda bóstwem pod postacią półptaka-półczłowieka. Historia ich przyjaźni pokazana jest na zaprezentowanych w parku płaskorzeźbach i opisana tutaj.





Ogólnie za 50k Rp. była to rozrywka umiarkowana, spędziliśmy tam ok. 1,5h, głównie dlatego, że zrobiliśmy trochę zdjęć. Nie trafiliśmy w porę żadnych występów, więc to zapewne przyspieszyło zakończenie tej wizyty.

Stąd skierowaliśmy się do Pura Luhur w miejscowości Ulu Watu (czy też Uluwatu). To kolejna, obok odwiedzonej już Tanah Lot, światynia z sieci balijskich świątyń morskich. Świątynia Luhur (Czasem określana też jako Pura Uluwatu) zlokalizowana jest na skalnym urwisku. Jest to dość duża świątynia, zamieszkiwana podobnie jak Monkey Forest przez małpy.

Na wejściu standardowo uiściliśmy 3k Rp. za osobę w ramach biletu i odzialiśmy się w sarongi. W oczekiwaniu na Olivię, która gdzieś się zapodziała, oddałem się lekturze tablicy z zasadami i ostrzeżeniami. Trochę mnie rozbawiło ostrzeżenie, aby schować okulary i cenniejsze rzeczy. No fakt, małpy potrafią być zbójami i okradać turystów - wiemy to z Monkey Forest, ale przecież nie z okularów, tylko raczej z jedzenia. Ostrzeżenie zostało zignorowane. Weszliśmy na teren świątyni, zrobiliśmy kilka zdjęć i postanowiliśmy pokontemplować wspaniały widok na ocean. Mżonka podeszła do ogrodzenia trochę popatrzeć. W tym momencie podbiegła do niej małpa i zabrała jej z nosa okulary. Duże zaskoczenie... Odeszła na bok i zdawała się na coś oczekiwać dzierżąc w dłoni okulary Mżonki. Po chwili pojawił się pan, rzucił małpie jedzenie, a ta wypuściła okulary i skupiła się na złapaniu jedzenia. Pan wybawiciel zainkasował 50k Rp. za odzyskanie własności Mżonki. Dosłownie kilka minut później sytuacja powtórzyła się z panią, która stała obok nas. Tym razem mniej szczęścia - okulary zostały połamane. Zajścia oglądał pan z Rosji, który wyraźnie był rozbawiony całą sytuacją i dość pewny siebie z racji swoich gabarytów. Okulary stracił jakieś 20 minut później.

Doszliśmy do wniosku, że mniej lub też bardziej świadomie małpy te są po prostu tresowane przez odzyskujących rzeczy. Po zachowaniu małp widać było, że zabierają różne rzeczy, bo wiedzą, że po chwili dostaną w zamian za nie jedzenie - bezpośrednio po kradzieży po prostu odchodziły kawałek i czekały. Niejasne było tylko, czy "odzyskiwacze" trening ten prowadzili z rozmysłem czy też przez brak przemyślenia skutków swojego postępowania. Fakt, że jest to efekt szkolenia małp, potwierdzało to, że w Monkey Forest żyją dokładnie te same małpy, a zjawisko takie nie występuje.

Po zaobserwowaniu kilku takich przypadków doszliśmy do wniosku, że jednak schowamy wszyscy okulary. Jednej pani jakimś cudem małpy zdołały ukraść nawet klapek...

Małpa porwała klapek, ale już leci jedzenie...
... za które małpa chętnie odda klapek.
I tak przerabia się kilkadziesiąt osób dziennie.
A same małpy oczywiście dość sympatyczne i wdzięczne,
oprócz tego, że wredne. Ale w sumie wredność to jak zwykle zasługa człowieka.
Zwłaszcza małe były fajne.
Jak się później okazało nawet Wikitravel ostrzega o tym zjawisku.

Ze świątyni zaś rozciągają się wspaniałe widoki na ocean i pobliskie klify.




I chyba po raz pierwszy udało się zrobić trochę zdjęć zachodu słońca :).





Więcej zdjęć z wycieczki można znaleźć tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz