poniedziałek, 24 stycznia 2011

Dive Safari

Nasz wynajem w Ubud powoli dobiegał końca, więc postanowiliśmy ruszyć dalej, tym razem w ramach safari nurkowego. Rozpoczęliśmy 7 stycznia, kiedy to przybył po nas nasz pan kierowca i zabrał nas do pierwszego punktu naszej wyprawy - miejscowości Tulamben.

Całe safari zorganizowała dla nas firma Blue Season Bali. Firma prowadzona jest bodajże przez brytyjsko-japońskie małżeństwo. Wydaje się, że robią to na prawdę z głową. Szczegóły safari uzgodniliśmy mailowo z bardzo miłą Panią, która przygotowała dla nas plan i zorganizowała wszystkie noclegi i całą logistykę.

Pierwszym punktem była miejscowość Tulamben, gdzie zostaliśmy przewiezieni 7 stycznia i zakwaterowani w Tulamben Paradise. Miejscówka taka sobie, standardem była nieco poniżej tego co mieliśmy w Ubud, chociaż łazienka była ciut czystsza. Mżonce nie podobało się w ogóle, mnie przede wszystkim przeszkadzał zapach przypominając zgniłe liście. Niestety nie potrafię tej miejscówki ocenić w kontekście ceny, ponieważ safari obejmowało również zakwaterowanie, a znam tylko cenę końcową bez szczegółów. Spędziliśmy tam zaledwie dwie noce, więc nie była to kwestia spędzająca sen z powiek. Wyglądało to mniej więcej tak:





Samo Tulamben jest malutką wioską rybacką, więc nie ma tam specjalnie żadnych ciekawostek poza nurkowaniem i ładnymi widokami na ocean. Plaża jest niestety kamienista, więc nici z wypoczynku na białym piasku. W wodzie należy uważać na liczne jeżowce. Problemem jest również dostęp do Internetu, ponieważ jest mało miejsc gdzie takowy można uzyskać i zwykle jest on niezbyt wysokiej jakości. Tutaj można zobaczyć kilka dodatkowych zdjęć z Tulamben.

Następnego dnia przybył mój dive guide imieniem Wayan i rozpoczęliśmy nurkowania. Pierwsze dwa nurkowania odbyły się na wraku USAT Liberty (błędnie nazywany czasem USS Liberty). Pierwszym zaskoczeniem było to, że jest to nurkowanie bezpośrednio z plaży, ponieważ wrak leży ok. 50 m od brzegu. Jakim cudem tak duży okręt znalazł się tak blisko plaży? Z wyjaśnieniem przyszła dość niezwykła historia okrętu. Był to statek transportowy wiozący części kolejowe i gumę z Autralii na Filipiny w czasie II WŚ w 1942 roku. Przepływając niedaleko wyspy Lombok miał niefortunne spotkanie z japońską łodzią podwodną, co skończyło się jego storpedowaniem. Dokonane zniszczenia nie spowodowały jednak natychmiastowego oddelegowania okrętu na dno, dzięki czemu dwa pobliskie okręty (amerykański i holenderski) wzięły go na hol. Miał on zostać odprowadzony do portu Singaraja, gdzie miał zostać naprawiony. Jednakże niedaleko Bali okazało się, że okręt nabiera zbyt dużo wody i nie zdoła dotrzeć do portu. Statek został ściągnięty na plażę w Tulamben na Bali, aby możliwe było odzyskanie ładunku. Po rozładowaniu okręt został w zasadzie porzucony i leżał na plaży, aż do 1963 roku, kiedy to wybuch balijskiego wulkanu Agung i powstałe w efekcie wstrząsy spowodowały, że okręt zsunął się do oceanu. Stąd jego bliskie plaży położenie, jak również niewielka głębokość (9-30m), na której okręt spoczywa. Ponad 47 lat przebywania pod wodą spowodowało, że okręt jest pięknie porośnięty rozmaitymi koralami i stanowi jedną z głównych atrakcji nurkowych Tulamben. Oczywiście również pozostałe życie, które towarzyszy koralom jest bardzo bogate. W zasadzie główną atrakcją tego miejsca jest wrak i możliwość jego eksploracji. Wrak jest dość otwarty, więc oglądanie różnych jego elementów w wielu miejscach nie jest bardzo skomplikowane, natomiast panuje tam ogromny ruch - jednocześnie bywa tam nawet kilkudziesięciu nurków.

Trzecie nurkowanie było nurkowaniem nocnym i również było nurkowaniem na wraku. Atrakcją tego nurkowania miała być tzw. Spanish Dancer. Jest to gatunek ślimaka nagoskrzelnego. Swoim wyglądem i sposobem poruszania się przypomina hiszpańską tancerkę, skąd bierze się jego nazwa. Niestety nie zdołaliśmy go nigdzie odnaleźć, co daje mi kolejny dobry powód do powrotu na Bali :). Życie nocne jest dość odmienne od dziennego. W czasie nura udało nam się znaleźć:

Ogromne bumphead parrotfish, osiągające ok. 100cm
(© ~carettacaretta@deviantart)
Gigantyczna murena, której widziałem tylko fragment sięgający ok. 1,5m
(zdj. Wikipedia)
Barracuda
sandman)
W czasie tego nurkowania przekonałem się, że potrzebuję bardziej niezawodnej latarki ;), ponieważ moja zgasła kilkanaście minut przed zakończeniem nurkowania.

Dwa kolejne dzienne nurkowania to nurkowania w ogrodzie koralowym. Tym razem była to okazja do obejrzenia ciekawych małych stworzeń. Jednym z niesamowicie ciekawych dla mnie zjawisk była symbioza ryby Goby z krewetką, która była praktycznie ślepa. Symbioza polegała na tym, że krewetka zajmowała się utrzymaniem nory, w której żyła wspólnie z rybą, a ryba zajmowała się bezpieczeństwem - obserwowała otoczenie i w sytuacji kiedy pojawiało się jakiekolwiek zagrożenie zaczynała intensywnie machać ogonem, co było sygnałem dla krewetki, że należy natychmiast uciekać do nory. Wyglądało to mniej więcej tak:

© Jim Christensen
Przepięknym zjawiskiem była również rybka z gatunku Emperor Angelfish. Co ciekawe w tych rybach to to, że małe wyglądają zupełnie inaczej niż dorosłe. Mała, którą widziałem wygląda tak:

(zdj. Wikipedia)
A kiedy dorasta zmienia się zupełnie przybierając mniej więcej taki wygląd:

(zdj. Wikipedia)
Zmiana, jak widać, jest ogromna.

Po zakończeniu nurkowań w Tulamben zostaliśmy przewiezieni do Sanur i zakwaterowani w hotelu Ari Putri. Hotel jest bardzo ładny i ma miłą obsługę. Wśród gości dominują niemieccy emeryci, co poniekąd było przygnębiające. Człowiek uświadamiał sobie kiedy będzie go stać na dłuższy wypoczynek w tak przywoitym hotelu. My spędziliśmy tam tylko kilka dni z uwagi na safari. Standardowo doba w tym hotelu kosztuje 45USD, chociaż ceny internetowe potrafią być wyraźnie niższe niż zwykłe, więc warto się zainteresować. Hotel czysty, ładny, pokoje są jasne i wykończone na dość wysokim poziomie. Śniadanie w cenie pokoju było bardzo przyzwoite. Do dyspozycji gości był także basen.

Następnego dnia (10.01) w planie były 3 relaksacyjne nurkowania w Padang Bai, gdzie miałem już okazję nurkować. Tym razem moim przewodnikiem był niejaki Bowo. Dotarliśmy tam bezpośrednio z Sanur przy pomocy łodzi motorowej - podróż zajęła ok. godziny. Najciekawsze w tym miejscu spotkanie stworzenia to:

Whitetip reef shark (ok. 1 m)
(zdj. Wikipedia)
Mątwa (cuttlefish)
© Rokus Groeneveld
W ramach przerw można było sobie posiedzieć na dachu łodzi co też uczyniłem, dając się po raz kolejny nabrać balijskiemu słońcu. Mała godzinka opalania oczywiście doprowadziła do drobnych oparzeń słonecznych, które dawały się we znaki w czasie kolejnych dni nurkowych.

Kolejny dzień, to nurkowania w jednej z najpiękniejszych nurkowych okolic Bali - Nusa Penida. Nusa Penida to jedna z trzech niewielkich wysp w pobliżu Bali. Dociera się tam również przy użyciu łodzi motorowej w ciągu ok. 50 minut. Tego dnia miałem wyjątkowo luksusowe warunki, ponieważ byłem jedynym nurkującym gościem. Pozostali nurkujący to przewodnicy i stażyści w programie dla dive masterów. Moim przewodnikiem tego i następnego dnia był Putu - bardzo fajny gość o ogromnym doświadczeniu na tych wodach.

Tego dnia nurkowałem również trzykrotnie w trzech lokalizacjach o nazwach Crystal Bay, Toya Pakeh, PED (niedaleko SD).

Mapka ze strony Bali & Air Diving Academy
Najbardziej niesamowitymi stworzeniami tego dnia były:

Zielony żółw morski, który leżał leniwie na dnie i dał się pogłaskać
(zdj. Wikipedia)
Boxfish
(© Jeffrey N. Jeffords)
Zabawny był dialog, który doprowadził do poznania przeze mnie nazwy box fish:
- Putu, what is the name for that fish that looked like a box?
- Oh, that was a boxfish.
Jak widać na Bali wszystko jest jakby prostsze ;)...

Ostatnie nurkowanie było nurkowaniem z prądem, tzw. drift diving. Niesamowita sprawa :) - prądy są bardzo szybkie i niosą tam gdzie chcą, poza tym potrafią być dość zdradliwe i zmieniać kierunki. Na pewno jest to świetna zabawa, ale myślę, że wymaga nieco doświadczenia w regulowaniu własnej pływalności, bo w pewnych miejscach można trafić w skały z koralami i odnieść obrażenia i/lub dokonać zniszczeń. Oczywiście tempo przemieszczania się i niewielkie możliwości zatrzymania się powodują, że całość atrakcji oglądamy raczej "z lotu ptaka" i marne są szanse na oglądanie kilkumilimetrowych krewetek ;). Klimat takiego nurkowania i tempo przemieszczania się całkiem dobrze oddaje ten krótki filmik (nie mojego autorstwa):


Środa, 12.01 była ostatnim dniem Safari, również w okolicach Nusa Penida. Był to dzień bardzo ekscytujący, bo mieliśmy się wybrać na tzw. Manta Point, gdzie są spore szanse zobaczenia Mant, ponieważ jest to stacja oczyszczania tych stworzeń, gdzie mniejsze ryby usuwają zanieczyszczenia z ich skóry. Pozostałe punkty to Gamat Bay oraz Sakenan.

Manta Point był pierwszym punktem. Po zanurzeniu okazało się, że są prądy, więc nie było wiadomo na ile to nurkowanie wyjdzie i czy rzeczywiście dane nam będzie zobaczyć Manty. Na szczęście po kilku chwilach oczekiwania prądy się uspokoiły i ruszyliśmy na poszukiwanie głównej atrakcji. Po kilkunastu minutach dostrzegliśmy pierwszą. Była niesamowita. Ogromna, jej rozpiętość dochodziła jak sądzę do ok. 3 m (największe z nich podobno dochodzą do ponad 7 metrów przy wadze ponad 2 ton).

(zdj. Wikipedia)
Manty robią niesamowite wrażenie. Są tak ogromne i poruszają się tak majestatycznie, że można spędzić naprawdę mnóstwo czasu podziwiając te stworzenia. Ja miałem okazję zobaczyć dwie. Podobno kiedy warunki sprzyjają jednocześnie w Manta Point pojawia się kilkanaście Mant. W ruchu wygląda to mniej więcej tak:


Oprócz mant, w czasie tego nurkowania spotkaliśmy jeszcze Fire Dartfish:

© Digital Outback Photo
Kolejne nurkowanie w Gamat Bay zaowocowało spotkaniem z:

Six banded angelfish (młody)
Oraz mureną, a także dziwnym krabem, którego nazwy nie znam i nie zdołałem odnaleźć jego zdjęcia w sieci.

Ostatnie nurkowanie to ponownie drift diving, ale tym razem z elementami spokoju, kiedy to mogliśmy się przyjrzeć kilku ciekawym stworzeniom:

Peacock Mantis Schrimp
(© www.wetwebmedia.com)
Najdziwniejsza krewetka jaką w życiu widziałem - dość duża, bo kilkucentymetrowa, dość barwna, z mnóstwem odnóży.

Tambja (ślimak nagoskrzelny)
(zdj. Wikipedia)
Krab porcelanowy

Hairy squat lobster
(© Sergey Parinov)
Prądy w czasie tego nurkowania były tak silne, że wynurzyliśmy się ładnych kilka kilometrów od punktu startu i w żaden sposób nie mogliśmy dostrzec naszej łodzi. Jednakże doświadczenie i orientacja Putu doprowadziły wycieczkę do szczęśliwego zakończenia. W takie warunki gorąco odradzam niedoświadczonym osobom, nieznającym okolicy wycieczki bez przewodnika, bo może się taka wyprawa zakończyć dłuuugim oczekiwaniem na jakąkolwiek łódź.

Ogólnie takie safari to fantastyczna sprawa. Jeśli ktoś nie ma czasu na zabawy z organizacją noclegów to na pewno jest to wersja wygodna, ponieważ firma załatwia w ramach takiego safari wszystko - my skupiamy się tylko na pojawianiu się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Jeśli mamy więcej czasu i większą orientację w ofertach warto samemu sobie zorganizować noclegi - może się okazać, że będą lepszej jakości lub tańsze. Koszt takiego safari trwającego 6 dni, obejmującego 14 nurkowań, noclegi, transport, wypożyczenie sprzętu, przewodnika, ubezpieczenie, śniadania, lunch w dni nurkowe + 1 osobę nie nurkującą wynosi ok. 1000USD. Istotna część tej ceny to noclegi, więc możliwe, że organizując we własnym zakresie uzyskamy lepszą cenę.

Co do sprzętu, użyłem dokładnie tej samej konfiguracji, z której korzystałem poprzednio. Pianka 5mm jest w zupełności wystarczająca na te wody, a nawet powiedziałbym, że w większości miejsc można spokojnie użyć pianki 3mm i zimno nie będzie. Woda w większości miejsc ma 28 stopni C (w styczniu). Raz jeden jedyny zrobiło mi się trochę chłodniej, kiedy dostaliśmy się w chłodny prąd. Dodatkowo, przy drift divingu dla spokoju sumienia warto mieć boję, na wypadek zgubienia swojej grupy. Dzięki temu łódź odnajdzie nas zdecydowanie szybciej.

Tym samym 12 stycznia zakończyłem podwodną przygodę na Bali. Jestem pewny, że jeszcze tu wrócę, ponieważ wielu rzeczy jeszcze nie widziałem, a poza tym, muszę wrócić tutaj z aparatem :). Również inne wyspy Indonezji obfitują w ciekawe miejsca nurkowe, które mam nadzieję dane mi będzie odwiedzić - z całą pewnością jest to raj dla wszystkich kochających ten sport.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz