Początkowy lot z Warszawy do Londynu nie trwał długo, a że zostaliśmy w Anglii na dwa dni, to lot prawie w ogóle nie dał się nam we znaki. Maja usnęła na starcie i te kilka godzin lotu była bardzo grzeczna. Było to moje pierwsze doświadczenie z lataniem. W sumie byłam zaskoczona jak gładko samolot wzbija się w powietrze, nie specjalnie odczuwałam zmianę ciśnienia ani na starcie ani przy lądowaniu. Zresztą lądowanie przysparzało możliwości oglądania panoramy miasta, tak że całkiem zapomniałam o jakimkolwiek zdenerwowaniu. Był to po prostu niesamowity widok pięknie oświetlonej metropolii, najpierw zarysowane linie ulic, później, im niżej się znajdowaliśmy, tym dokładniej było widać oświetlenie budynków, latarnie, samochody... żaden taras widokowy nie zapewni takich wrażeń :).
Nasza główna trasa przebiegała tak:
- 7 grudnia o godz. 14.10 z lotniska Gatwick w Londynie - do Doha w Katarze - ok. 6 godzin lotu,
- z Doha do Singapuru - trochę ponad 7 godzin lotu,
- z Singapuru do Denpasar (Indonezja, Bali) – około 3 godziny lotu na godz. 19, 8 grudnia.
Naszym przewoźnikiem był Qatar Airlines. Jesteśmy bardzo zadowoleni z ich usług. Jako że lecieliśmy z niemowlęciem według klasyfikacji biletowej ułatwiano nam odprawę na lotnisku, dostawaliśmy bardzo dobre miejsca w samolocie, a obsługa bardzo się o nas troszczyła. Generalnie Linie chwaliły się 5 gwiazdkami za najlepszą obsługę i stwierdzam, że z całą pewnością ***** im się należy.
Na starcie z Londynu Maja też usnęła. Była to pora jej poobiedniej drzemki. Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, mieliśmy dużo miejsca na nogi i otwierany blat, na którym rozkładano takie jakby walizki, do których można było odkładać dzieci. Maja wydawała sie nam za duża więc podziękowaliśmy za to łóżeczko, ale blat doskonale spisywał się jako miejsce na jedzenie i zabawki córki.
Maja spała ok. godziny, później zjadła, oglądaliśmy książeczki, aż w końcu się trochę znudziła i chciała wstać. Równolegle z nami, w środkowym rzędzie, siedziała mama Hinduska z dwoma synami ok. 10 letnim i 6-miesięcznym maluchem. Maja zainteresowała się starszym chłopakiem, gadała do niego, robiła cześć i przez kilka minut stała koło jego fotela i nie chciała odejść. On na początku był skrępowany, ale gdy Maja dała mu swoją żyrafę chłopak przełamał nieśmiałość i zaczął się z nią bawić. Nie musze pisać jaką wywołało to w naszej córce euforię, każda próba posadzenia ją z powrotem na kolanach przerywana była zdecydowanym protestem.
Najbardziej zachwycona byłam widokiem na ziemię, gdy lecieliśmy nad półwyspem arabskim. Nad pustynią nie było chmur więc był doskonały widok na oświetlone miasta. Każde z siedzeń wyposażone jest w mały monitorek, na którym są filmy, muzyka, gry, prezentacja trasy lotu z danymi o aktualnej pozycji , wiadomości do poczytania. Każdy dostaje swoje słuchawki i można sobie umilić długie godziny lotu. Obejrzeliśmy sobie z Rafałem po jednym filmie i w końcu dolecieliśmy do Doha.
W Katarze wylądowaliśmy przed północą czasu lokalnego, a ok. 8 czasu londyńskiego. Autobus zabrał nas do hali lotniska, spędziliśmy około 1.5 godziny na lotnisku, zdążyliśmy rozprostować nogi i znów mieliśmy boarding. Mnóstwo osób przyglądało się Mai, co ona szybko zaobserwowała i chcąc odpowiedzieć na zapotrzebowanie publiczności zaprezentowała pełny popis swoich umiejętności, biegała, tańczyła, biła brawo, gadała do wszystkich. Na szczęście jak weszliśmy na pokład uspokoiła się i żeby tradycji stało się zadość usnęła tuż przed startem. Tym razem siedzieliśmy w środkowej 3-ce siedzeń, tak że jeden fotel był wolny. Położyłam maje na środkowym siedzeniu i malutka spała całą drogę do Singapuru. My trochę posłuchaliśmy muzyki, Rafał coś tam grał, wreszcie udało nam się też usnąć. Mieliśmy sporo turbulencji , ale jakoś udało się trochę pospać. Na godzinę przed lądowaniem zjedliśmy śniadanko i wkrótce zrobiliśmy pierwszy krok na azjatyckiej ziemi.
Jako że lecieliśmy tym samym samolotem dalej, zeszliśmy z pokładu do budynku lotniska , czekaliśmy 20 minut przy bramce i znów nas wpuścili na pokład. Tym razem było już bardzo niewielu pasażerów jak na rozmiary samolotu więc nie trzymając się naszych przypisanych miejsc usiadłam z Mają przy oknie i podziwiając widok ostatni raz wzbiliśmy się w powietrze. Chwilę po stracie podano nam obiadek. Maja oczywiście już spała, wkrótce i mi zaczęły się kleić oczy, więc zaraz usnęłam. Rafał wdał się w pogawędkę z bardzo sympatycznym Niemcem. Jak się później okazało zaprosił nas do siebie na święta. Ma żonę Balijkę i dzieci. Jego rodzina mieszka na północy Denpasar i kto wie może skorzystamy z tego zaproszenia. Gdy się obudziłam to została nam godzinka do lądowania.
Oczywiście tyle godzin podróży dało się nam we znaki, dotarliśmy mocno zmęczeni i zesztywniali. Mi najbardziej doskwierały suche oczy, Rafałowi wysechł na wiórek nos. Jednak trzeba przyznać, że nasze warunki były naprawdę komfortowe i mnóstwo niedogodności udało się zminimalizować. Jak się okazuje nie warto korzystać z tanich linii, w szczególności gdy podróż planuje się odpowiednio wcześnie, żeby kupić bilety w dobrych cenach. Nasi znajomi lecieli AirAsia – najtańszymi liniami azjatyckimi i wyszko im ok. 500 zł taniej na bilecie w obie strony, a mieli dużo mniej bagażu (ok. 25 kg w sumie). Myślę, że nie warto bić się o te pieniądze przy całokształcie kosztów. Tym bardziej , że mamy całkiem duże limity bagażu (7kg podręczny + 23 kg główny dla osoby dorosłej i 10 +10 dla dziecka) i naprawdę solidne posiłki, że trudno wszystko przejeść i najróżniejsze picie praktycznie bez ograniczeń (z alkoholami włącznie, dla tych, którzy muszą się znieczulić w czasie lotu :)). W AirAsia za wszystko płacili dodatkowo i bagaż, i posiłki, na pokładzie trzeba mieć gotówkę w odpowiedniej walucie (nie da się płacić kartami). Wszystko równa się same kłopoty. W szczególności , gdyby lecieć z dzieckiem nie warto narażać się na dodatkowy stres, zwłaszcza jeśli leci się po raz pierwszy i nie zna realiów. Brak lokalnej waluty oznacza, że jeśli chce się pić to można tylko i wyłącznie spróbować przestać o tym myśleć :), a na pokładzie zwykle chce się bardzo pić, ze względu na bardzo suche powietrze.
W tę stronę podróż była super, miejmy nadzieje ze w drugą pójdzie równie gładko. Co do powrotu mamy z Rafałem na razie odmienne zdania, ale o tym innym razem...

Zaniepokoiło mnie ostatnie zdanie... Czekam zatem na kolejny raz. :)
OdpowiedzUsuńCzy na tamtej półkuli wszystko nazywa się na cztery litery: Ubud, Bali, Doha?
OdpowiedzUsuńTak, a dupa to kadzidło po ichniemu ;). Nawet pasuje... ;P
OdpowiedzUsuń