W jednym zdaniu pierwsze wrażenie można opisać: "Jakoś tu inaczej".
Kwiatki, które rosną u nas w doniczkach stanowią tu zwykłą roślinność, oczywiście w dużo większym rozmiarze, wszędzie widać drzewa bananowców i palmy z żółtymi kokosami. Drogi są wąskie, mniejsze nie mają chodników wcale, a te główniejsze na poboczach mają poukładane nierówne płyty. Nikt tu nie chodzi pieszo, wszyscy jeżdżą skuterami. Oczywiście ruch jest odwrotny niż u nas więc wydaje się, że ciągle ktoś jedzie pod prąd. Tubylcy jeżdżą jak chcą bez kierunków, slalomem, na jednym motorku może siedzieć czteroosobowa rodzina lub może on służyć jako półciężarówka i przewozić pokaźny pakunek. Nie należą do rzadkości ani dziury ani stosy śmieci przy drodze. Na początku sprawia to wszystko wrażenie ogólnego chaosu. Po kilku dniach można sie oswoić.
Oczywiście architektura jest też bardzo charakterystyczna. Wejście na nasze podwórko jest po kilku schodach, ma bardzo bogato rzeźbione drzwi, po bokach jakieś posągi ubrane w kolorowe chusty. Podwórko jest wyłożone kamieniami ułożonymi w motyw płatków kwiatów i z niego są wejścia do kilku domków wynajmowanych turystom. Wszędzie gdzie się idzie jest mnóstwo posągów i rzeźb, pomniki są olbrzymie i misternie zdobione.
Na jedzenie chodzimy do restauracji i jest smaczie i tanio. Dobrze, że jest z nami Mirek, bo on wie gdzie co można zjeść bezpiecznie. Próbujemy soków z rożnych owoców (do tej pory najbardziej nam smakował sok z Passion Fruit), ale staramy się wybierać potrawy nie za bardzo egzotyczne. Ubud jest całkiem spore jak na tutejszą okolice ma dobrze zaopatrzony sklep więc nie mamy problemu z rzeczami dla Mai i dla siebie, bo chemię i jedzenie można kupić znanych nam marek.
Na razie dni nam mijają na oswajaniu się z panującą tu temperaturą, wilgotnością i rzeczywistością.
PS. Znów się robi środek nocy a mi się nie chce spać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz